Za kilka chwil minie nam 2013 rok. Na wszelkich możliwych stronach i blogach zaczynają się już pojawiać powoli podsumowania. Tym razem i ja dołączę się do grona osób celebrujących mijanie 2013 roku, ale w całkiem inny sposób. Rok ten udało mi się wypełnić koncertami, które głęboko zapadły mi w pamięć. Wszystko to jednak zaczęło się troszkę wcześniej, bowiem już w listopadzie 2012 roku, kiedy to moja podróż koncertowa, a właściwie nieprzerwany niemalże cykl koncertowy został zapoczątkowany.
Zapraszam Was na krótką historię. Muzyczną historię i moje wspomnienia, które do dziś dzień we mnie żyją i drgają pod skórą w rytmie dźwięków i słów...
Julia Marcell @ Klub Alibi, Wrocław, 14.11.2012
Fismoll @ Blue Note, Poznań, 16.11.2012
Kari Amirian @ Blue Note, Poznań, 16.11.2012
Brodka @ Eter, Wrocław, 25.11.2012
Źródło; Enter Shikari @ Proxima, Warszawa, 19.01.2013
źródło; Aminations @ Od Zmierzchu do świtu, Wrocław, 17.02.2013
źródło google, 30 Seconds To Mars @ Impact Fest, 5.06.2013
źródło: google, Green Day @ Atlas Arena, Łódź, 18.06
źródło; Soilwork @ Klub Alibi, Wrocław, 25.11.2013
Przypominając sobie każdy z tych koncertów, jednych z najpiękniejszych momentów w moim życiu, spełnionych marzeń, nie potrafię opanować wzruszenia. Najlepszy koncertowy rok. Najpiękniejsze koncertowe wspomnienia. Niezliczone godziny przesiedziane w pociągach, niezliczone godziny muzyki na żywo sprawiającej, że człowiek, pomimo fizycznego zmęczenia po koncertowego, maksymalnie naładował bateryjki psychiczne. Mimo, że każdy z tych koncertów był inny (praktycznie każdy w całkiem odmiennym gatunku muzycznym), mają jeden wspólny mianownik: są agregatem pozytywnej energii. Magazynem dobrych wspomnień. Każdy z nich niesie ze sobą całkiem inną historię. Nowe znajomości, katastrofy i radości. Już powoli zapominałam, jak cudownie jest czuć tę energię, tę magię, tę adrenalinę...
Oby nadchodzący, 2014 rok był równie owocnym w koncerty rokiem. W koncerty, spotkania, podróże... również dla Was :)
Jestem koncertowym zwierzakiem, starającym się dostarczać swojej duszy koncertowego pokarmu regularnie. Ostatni koncertowy zastój wreszcie został przerwany. Mija tydzień od tego koncertu, a nadal czuję wibrujące we mnie dźwięki. Pozostałość po emocjach, które ciężko opisać osobom, które nigdy czegoś podobnego nie doznały.
To był jakiś pechowy dzień, wszystko szło nie tak, na miejsce koncertu pędziłam niemalże spóźniona, wszystko szło jakoś dziwnie, nie po mojej myśli. Mroźny listopadowy zmierzch, godzina dziewiętnasta, światła miasta gdzieś poza mną. Wchodząc do klubu, oddając płaszcz, odcięłam się od codzienności. Ujrzałam kilka znajomych twarzy, "tylko z widzenia", koncertowych współbraci. Soulmates chciałoby się rzec nawet. Zdecydowana przewaga mężczyzn. Czułam się, chyba pierwszy raz w życiu jak "rodzynek", zabawne uczucie.
Kilka słów o Keep Of Kalessin.
Przyznaję się bez bicia, tego zespołu nawet nie ruszyłam, choć na dysku, dyskretnie kurzy się jedna z ich płyt (bodajże ostatnia). Stanęłam nieopodal sceny, spora grupka fanów w zespołowych koszulka szalała pod sceną, a ja powoli zaczęłam poddawać się rytmowi. Nie przypadli mi do gustu jednak, tak jak bym chciała. Mogę posłuchać, ale miłości nie wróżę. Młode chłopaki, długowłose, energetyczne. Dobra rozgrzewka przed główną gwiazdą. Godzinka dobrego gigu, pozytywnej energii i ciekawych aranżacji gitarowych (to trzeba im przyznać).
Przykładowe piosenki zespołu:
Weapon of Vanity.
Bardzo szybko i prężnie rozstawiono sprzęt i bodajże, pół godziny później na scenę wyszedł Soilwork. Zespół ten, tak naprawdę zdobył w pełni moje serduszko za sprawą ostatniej płyty The Living Infinite. To jedna z tych płyt, którą kochasz od pierwszych dźwięków, do końca, na zawsze.
Już naprawdę dawno nie czułam takiej energii koncertowej w jakimkolwiek klubie. Przesympatyczny zespół kochający to, co robi, widownia poddająca się muzyce i sugestii wokalisty, charyzmatycznego Bjorna. Energia zespołu zarażała ludzi, doskonała setlista... Ogromna radość i uśmiech nie schodzący z twarzy. Śpiew cisnący się na usta i szaleńcze pląsy. Idealna jakość dźwięku instrumentów, ciężej jednak było z odsłuchem dla wokalu, co rusz ginął zagłuszany przez instrumenty (zwłaszcza przy partiach "czystych") i to był chyba jedyny minus tego koncertu. No i to, że zabrakło mojej ukochanej piosenki z ostatniej płyty:
Czasami ciężko jest pisać o najpiękniejszych przeżyciach czy wydarzeniach, które naprawdę mają na nas kolosalny wpływ, a koncerty, w moim odczuciu do nich właśnie należą. Jestem amatorką koncertową, to jedna z niewielu koncertowych relacji na moim blogu. Z czystej sympatii i chęci zatrzymania wspomnień. Mam nadzieję, że wrócą szybko do Polski...
Na koniec kilka zdjęć wygrzebanych w internetach, by zobrazować żywiołowość, pasję i genialną zabawę:
Nastał nam oto grudzień. Grudzień niosący ze sobą obietnicę świątecznego ciepła, kolorowych choinkowych bombek i światła. Światła otaczającego nas zewsząd. Grudzień powinien nazywać się miesiącem światła. Nie wiem, jak jest w Waszych miastach czy miejscowościach, ale nawet w moich rodzinnych stronach, kolorowe, choinkowe lampki zdobią okna, krzewy... I chyba dlatego lubię ten miesiąc.
Mój listopad zapisał się w mojej pamięci jako sinusoida emocjonalna. Poplątana z radości i ludzkich, codziennych rozterek. Było jednak kilka naprawdę wartościowych chwil...
1. Pierwszolistopadowa Mona; 2. Praca, praca z Dżoolką; 3. Pochmurne popołudnia; 4. Masłowska, o której pisałam tutaj.
1. Pyszny jabłecznik od współlokatorów; 2. Fetysz światłocieni; 3. Glee z przyjacielem; 4. Rozmazana Mona
1. List od Winduru; 2. Zachody listopadowe; 3. Pierwszy śnieg 26.11; 4. Rysunek-prezent dla przyjaciela, autorstwa Pyrki;
1. Soilwork w Alibi, 25.11; 2. Przepiękny zachód słoneczka; 3. Melancholijnie; 4. Andrzejkowa wróżba pączkowa
Poplątany listopad. Mam nadzieję, że grudzień, który zapowiada się świetnie, nie zawiedzie mnie i przyniesie powodzenie. Czekam na realizację planów, trzymajcie kciukaski!
Po Blog Forum Gdańsk, internety zapełniły się relacjami, krytyką i opływaniem w superlatywach, na temat tego eventu. Sama zostałam zauroczona pozytywną energią prelegentów (oglądałam wszystkie prelekcje z tej edycji na yt) i zainspirowana do pracy, o czym zresztą pisałam tutaj. Od dzisiaj w internetach nastał boom na postać Doctora Who z okazji pięćdziesiątej rocznicy emisji pierwszego odcinka, o której pisałam, ze swojej perspektywy tutaj. Dzisiaj jednak chciałabym pokazać Wam swoje internetowe odkrycia, eventy, na które się wybieram; filmy, które polecam... Urodzaj, moi drodzy, urodzaj! :)
Michael Hussar, artysta bardzo kontrowersyjny, który urzekł mnie swoją techniką malarską, swoją pomysłowością i groteską, którą widać prawie że na każdej pracy:
Konwent mangowy X-mas Time, na który czekam z utęsknieniem;
USŁYSZ, to strona na facebook'u, na której znajdziecie naprawdę wiele świetnej, klimatycznej muzyki;
Serial, w którym się ostatnio kocham (i oczywiście cudowna Lindsay!):
film, o którym pisze Tekstualna: Samsara- naprawdę godny polecenia, zachwycający, wzruszający, pełny prawdziwości...
Dzisiaj to wszystko. Wracam do naprawiania życia, picia kolejnej kawy i czytania "Zdobywam zamek" (kocham tę książkę, ale nie potrafię dobrnąć do końca - macie czasem tak?).