Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

2014-02-16

bez-nazwy

Dzisiaj opowiadanie. Fikcja literacka. Być może. Niestereotypowy słowotok. Grafomania. Oceńcie sami.

***

źródło


Deszcz żłobił ścieżki w szklanych witrażach okien. Z cichym plum wpadał do moich otwartych ust. Popękane wargi szeptały. Mimowolnie. Modlitwę, której sensu brak. Zimne betonowe schody mauzoleum zdawały się oddawać ze zdwojoną siłą ziąb dzisiejszego poranka. Chropowatość powierzchni raniła powłokę mojej duszy. Czułam odrętwienie. Nie wiem ile godzin spędziłam tutaj czekając na objawienie. Nie wiem właściwie czego się spodziewałam. Zgrabiałe dłonie upuszczając ostatni papieros. Zamienia się w szarobrązową paćkę. Przypomina mi moje wnętrze. Mój pusty wzrok zatrzymuje się na chwilę. To dzieciak sąsiadów, jedenastoletni chłopaczek niosący zakupy na rodzinne, sztucznie ciepłe śniadanie. Niedziela- czas rodzinnych pogawędek, grilla i pielgrzymek na popołudniową mszę. Miałam ochotę ulepić kulkę z błota i rzucić w ich okna. Parszywa, szczęśliwa rodzinka. Drwiący uśmieszek wypełzł mi na usta. Dojmujący smutek zalał ciało, spoczął na moich powiekach niczym kot. Cichutko, bezszelestnie spłynęła kolejna łza. Zamknęłam oczy, co się naprawdę złym pomysłem. Wróciły wspomnienia poprzedniej nocy. Trzask tłukącej się zabytkowej porcelany z PRL'u. Ogłuszający śmiech tłumiący odgłos razów barwiących mój świat na czerwono. Łuk brwiowy był nadal opuchnięty. Znowu wybrałam zły czas i miejsce. Znowu pojawiłam się w nie w porę. Drżenie rąk nie ma nic wspólnego z zimnem. To chłód mojego serca. Zalewa krwioobieg nienawiścią. Obdrapany lakier na paznokciach koloru mchu. Nadal widzę szaleństwo w Jego oczach. Słyszę cichy płacz z kąta pokoju. Goła żarówka nad głową, oślepiająca. Niszczył mnie. Kawałeczek po kawałeczku. Od lat. Cuchnący tytoniowy oddech oblepiał mnie, stawał się moim własnym oddechem. Pory mojej skóry wypełnione były Nim. Kwiliłam. Błagałam. Umierałam. Nagle nastała upragniona ciemność. Słodkie pozbawienie przytomności. Ocuciła mnie Ona, delikatnie podnosząc z podłogi. Lata wylewanych łez poraniły jej twarz zmarszczkami. Zmęczone spojrzenie zielonych oczu. Przedzierałyśmy się przez zasyfione korytarze meliny. Odrapane ściany zdawały się kpić ze mnie. Splątane czarne włosy zaplątały się w nie-czuciu. Zimna woda obmywała moje zakrwawione ciało. Fioletowe znamiona chorej miłości. Przemyła mi rany resztką wódki. Ból zdławił krzyk. Zostawiła mnie samą, opartą o brudną ścianę niby-łazienki. Z każdym kapaniem kranu stawałam się silniejsza. Odbicie w lustrze mówiło prawdę, o której chciałam zapomnieć. Wyszłam na jesienny deszcz. Cmentarz nieopodal zawsze był moją kryjówką. Bliskość śmierci, kojącej łaski przerwania nici życia uspokajała mnie. Słuchałam ciszy. Szumiących sosnowych konarów gdzieś ponad mną. Rany na ciele się zagoją, powtarzałam sobie naiwnie za każdym razem. Za każdym razem połykałam larwy swojej własnej tchórzliwości. Pożerały mnie od środka. Wlokły truchło mojego własnego świata z powrotem do domu. Wyplułam resztki godności. Złość dziś zwyciężyła. Poruszała członkami. Dom zastałam cichy i cuchnący wymiocinami. W pseudo kuchni krzątała się Ona. Niema. Zaskoczył ją mój widok. Ostatni worek na śmieci wypełniłam rzeczami, które miałam na własność. Wyblakłymi wspomnieniami tych kilku słonecznych dni nad jeziorem. Wypełnionym śmiechem, zapachem ogniska i śpiewami przy akompaniamencie gitary. Zanim zaczął pić. Zapakowałam jedyną ramkę ze zdjęciem. Uśmiechnięta kobieta w czerwonych rajstopach i czarnej sukience. Na rękach ciemnowłose niemowlę. Matka i córka. Złudzenie harmonii szczypiące w oczy. Chciałam wyjść, zatrzymała mnie. Z porwanego fartucha wyjęła pomięte pieniądze. Nie chciałam. "Bierz", szepnęła. W drugą rękę wcisnęła pajdę chleba. Czerstwego białego pieczywa. Uczucie wolności, przegnało strach. Stopy wiodły mnie przed siebie. Uciekłam jak tchórz, nie dbałam o to. To był ostatni raz jak Ją widziałam. Cichą. Zgaszoną. Z siwymi, przerzedzonymi włosami. I lekkim, ledwie dostrzegalnym uśmiechem. Następnego dnia była martwa. Razem z Nim. Wybuch gazu zabrał wszystko, co miałam. 



2013-12-03

Gościnne wystąpienie #3: Eleaina i Pożerana.

Nie lubię pisać o sobie. Nigdy nie wiem od czego zacząć, co ma być w środku i jak zakończyć. Poprosiłam więc o pomoc mojego Mistrza Jedi. Wspierane listą odtwarzania znalazłyśmy najbardziej pasujące określniki: Hollywood Whore, she likes rock'n'roll, love in an elevation, I want it all.
Jestem Eleaina, Nie oceniajcie mojej osoby, tylko moją pisaninę.

Wyobraź sobie...
blade spocone ciało kobiety. Stoi na środku chodnika wysokie, krągłe, majestatyczne. Ludzie mijają je beznamiętnie. Ruch uliczny, szum życia otacza je, ale go nie dotyczy. Biała, wilgotna skóra odznacza się wyraźnie wśród szarości miasta. Czarne, długie pijawki błyszczą od śluzu. Przyssane do rąk, nóg, jędrnych piersi, miękkiego brzucha, opijają się ciepłą krwią kobiety. Bez litości czerpią życie z bezbronnego ciała. Ich lśniące, śliskie ciałka wiją się nieustannie. Małe ząbki boleśnie przeżerają się przez kolejne tkanki. Nic ich nie powstrzyma. Dostaną to, czego pragną, nie bacząc na konsekwencje.
Wyobraź sobie...
smukłe stopy z sinymi paznokciami i z wyraźnie widocznymi żyłami. Delikatnie przybrudzone, jakby jeszcze niedawno biegały po polach. Teraz stoją na zimnych płytach chodnika. Białe, tłuste robaki kłębią się między palcami. Wiją się dynamicznie po cienkiej skórze, łaskocząc drapieżnie. Bezbronne w swej ślepocie. Szalone w swoim głodzie. Nie ma dla nich początku i końca. Jest tylko jeden sens, tylko jeden cel. Pożywienie, konsumpcja, pożeranie, zjadanie, pochłanianie. Napełnianie malutkich, zachłannych, ruchliwych ciałek martwą tkanką. Nieustanny głód przysłania wszystko inne. Nie można się ich pozbyć, nie można od nich uciec.
Wyobraź sobie...
twarz tej nieruchomej, bladej, pozbawionej życia dziewczyny. Jej bladoniebieskie usta rozciągnięte są w niemym krzyku. Sczerniały język zasłaniają stale wypełzające z gardła chrabąszcze. Szmer ich twardych, chitynowych pancerzyków, przyprawia nieświadomych przechodniów o zgrzyt zębów i zniesmaczone spojrzenia. Cienkie nóżki chrząszczy wybijają szybki rytm na zębach kobiety. Kłębią się, przepychają w ciemnym przedsionku gardła. Ranią wnętrze niegdyś rumianych policzków, ostrymi, błyszczącymi skrzydłami. Ale wszystkie upadają. Nie są zdolne do wzlotu, są za ciężkie, zdeformowane. Ich krótkie życie nie jest godne miejsca w pamięci.
Wyobraź sobie...
oczy. Duże, szkliste, łagodne. Okolone czarnymi, podkręconymi rzęsami, delikatnie podmalowanymi granatowym tuszem. Czarna otchłań źrenic, okolona błękitem nieba, wpatruje się w nicość. Nie widzi, bo nie chce widzieć. Obraz raz zobaczony trafia do pamięci, gdzie przetrwa dłużej niż na to zasługuje. Po tych szeroko otwartych, lekko wilgotnych oczach, pełnych błagań i rozczarowań, beztrosko wędrują duże, błyszczące muchy. Ich czarno-zielone odwłoki lśnią metalicznie i poruszają się delikatnie. Schludnie złożone skrzydełka dają ułudę intymności. Muchy brzęczą irytująco i bezsensownie. Podziwiają swoje odbicia w szklanych gałkach. Włochate, muszę nóżki drepczą w miejscu, jakby spokój i bezruch były im nieznane. Wdzięczą się, brzęczą, poruszają nieustannie.
I nagle coś się dzieje.
Z rozmazanego tłumu, obojętnie pędzącego przed siebie, wyłania się uśmiech. Na początku nieśmiały, potem coraz śmielszy. Pogodny, życzliwy, niewymuszony. Błysk wśród szarości, drgnienie powieki. Zaniepokojone muchy podrywają się do lotu. W otchłani źrenic pojawia się iskierka życia.
Mija chwila. Z jednostajnego szumu pośpiesznych kroków i niedbałych rozmów wydobywa się śpiew. Nieprofesjonalny, spontaniczny, pełen radości. Melodia jest przyjemna, słowa znane. A najważniejsza jest energia, siła z jaką dźwięki unoszą się w powietrze. Sine wargi kobiety, powoli i z wysiłkiem, zaciskają się, przerywając potok wulgarnych chrabąszczy. Kąciki ust unoszą się w niewprawnym uśmiechu. Z poranionego gardła wydobywa się mruczana melodia, która koi i leczy. Niespodziewanie.
Z tłumu wyłania się osoba, która nie obawia się białych, obleśnych robaczków. Staje naprzeciwko wciąż bladej kobiety. Spogląda w oczy, po których niedawno przechadzały się muchy. Zaczyna mówić. Słowa czułe i piękne, pełne troski i wsparcia, dobre i ciepłe, pozbawione wyrzutów i trosk, beztroskie i lekkie. Osoba wyciąga rękę, delikatnie przykłada dłoń do rumieniącego się policzka i kciukiem ściera samotną łzę. Nie zważając na wijące się pijawki, przyciska ponownie żyjącą do piersi. Pozwala jej słuchać  uderzeń serca. Otula ją ramionami, obdarza ciepłem.
Pijawki spadają na ziemię z tępym pluśnięciem. Białe robaki rzucają się na nowy pokarm, zostawiając czerwieniące się stopy. Krew napływa do ciała kobiety, która odzyskała chęć życia. Której pojedyncze ciepłe gest, czasami zupełnie obcych osób, pomogły pozbyć się robactwa.
Robactwa, które toczy zaciekły bój o pokarm. Białe miesza się z czarnym. Czerwień krwi zalewa wszystko. Mieszanka rozdartego, klejącego, obłego robactwa, wydziela niemiłosierny smród. Nie trwa to długo. Maź wsiąka w zimny, kamienny chodnik, który nagle porasta soczystą trawą. Kwiaty otwierają swe pączki w poszukiwaniu słońca.
Wyobraź sobie...
nagą, krągłą, rumianą kobietę. Pełną życia i radości. Leżącą na zielonej, sprężystej trawie wśród ferii kwiatowych barw. Wygrzewającą się w promieniach słońca, śmiejącą się perliście i cieszącą się możliwością istnienia.
Uśmiechaj się do ludzi. Może przywrócisz kogoś światu.


* * *
GOŚCINNE WYSTĄPIENIA to cykl tekstów wszelakich, na wszystkie możliwe tematy. Autorzy piszą o tym, co ich pasjonuje, bawi, wzrusza etc. Jeśli chcesz wystąpić w tym cyklu, napisz: mia.89@wp.pl 

Jestem wielką fanką Eleainy i jej opowiadań. Każde z nich jest niczym podróż w najczarniejsze odmęty ludzkiej duszy. Jest w nich wiele mroku, ale też i nadziei. Szczypta promieni słonecznych przebijających się przez ciemną zasłonę z mgieł. Uwielbiam jej prozę i strasznie się cieszę, że zgodziła się napisać coś specjalnie dla mnie. Dziękuję Ci, a Wam mam nadzieję, że się podobało :) Napiszcie koniecznie co myślicie :D


2013-07-10

Alfabet

Ostatnimi czasy, przebywając w upalnej Warszawie, odnalazłam swoje stare opowiadanie, które zaczęłam pisać od 2009 roku, bodajże... Chciałabym się dzisiaj nim podzielić z Wami i poznać Waszą opinię: co sądzicie o języku, o fabule, o konwencji jaką przyjęłam? 

TEKST OPOWIADANIA:


ROZDZIAŁ A.
Albatrosy. Papierosy w sumie dość popularne. Myślę,że wszystko zaczęło się właśnie od tego jednego skrzętnie skrywanego papierosa. Niczym subtelna reakcja łańcuchowa. Nigdy nie wiesz na co trafisz,aż nagle...pozostaje tylko czekanie. Nie byłam pewna co właściwie robię na tej suto zakrapianej imprezie w rytmach disco-polo lat 90'tych. Jakbym cokolwiek wtedy wiedziała. Stało się jasne,że to miejsce nie jest dla mnie,że to wszystko sprawia,że czuję się gorsza. Nie umiem się przystosować. Wtedy mi to przeszkadzało. Teraz to jest nieistotne. Wszystko kiedyś się zaczyna i kiedyś się kończy, prawda znana w świecie. Siedziałam jak zawsze na jednej z zużytych starych kanap. W ręku kolejny plastikowy kubeczek zapełniony do połowy tanim winem. Wokół gwar, dziwnie zmieszany z dymem tytoniowym, zapachem spoconych ciał. co jakiś czas dało się słyszeć głośny śmiech. Czułam się obco, czułam się bezlitośnie źle, jak zawsze gdy wiedziałam,że nie mam tu swojego udziału. Narkotyki? To nie dla mnie. Myślę,że tamtego dnia wszystko zdawało mi się dziwnym snem polakierowanym kruchym odbiciem mnie samej. I ten papieros. Ten jeden jedyny. Zmienił wszystko. Przez dłuższą chwilę nie zdawałam sobie sprawy,że coś do mnie mówisz... byłeś wyższy niż ja, bladooki z dziwnie sterczącą jasną czupryną, pamiętam to do dziś. Nieśmiały uśmiech, dreszcz emocji i dziwne wibrowanie w brzuchu. I coś niewyczuwalnego w powietrzu. Też to czułeś? Sama nie wiem co mnie opętało. Wzięłam cię za rękę i odeszłam. zniknęłam z tego świata. Byłeś tylko ja i ty, jednocześnie, razem zespoleni. I nicość. Nieskończoność cielesnych zmagań dobra ze złem. Twój pot miał smak oliwy, twój dotyk sprawiał,że płonęłam. Nie zdawałam sobie sprawy jak to jest nie mieć tchu, jak to jest być pozbawioną ducha... A potem? Albatrosy. Jeden jedyny,a jego smak, cierpki i duszący wypełniał moje płuca nieskalaną szarością. Widziałam błysk w twoich oczach, czułam nienamacalne pożądanie i chęć czegoś więcej. Ubrałeś się i wyszedłeś, bez słowa, po prostu. Nie zatrzymałam cię, nie zależało mi. Zmieniłeś mnie, za każdym razem mnie zmieniałeś. Fizycznie i psychicznie byliśmy jednością, a jednocześnie kimś zupełnie odrębnym, innym. Wiem, co czułeś. Ten jeden albatros, zmienił wszystko. Razem z dymem wypuszczanym przez moje ciało, ulatywały gdzieś moje własne zasady- moralność, którą sama sobie wpoiłam. Stałam się takim, jak tym stworzeniem z krwi i kości. Od tamtej pory palę tylko albatrosy. I piję ciemną, mocną, gorzką kawę. I szukam ciebie, choć wiem, że to próżne szukanie. Zdaję sobie sprawę, że ty mnie nawet nie pamiętasz... Czuję jak uciekasz, jak wymykasz się z dnia na dzień, i z nocy na noc z mej własnej pamięci. Czy ty tam naprawdę byłeś? Może tylko w trakcie nikotynowego snu sobie ciebie - ideała-wyśniłam? Krew krąży niemiłosiernie w moich żyłach. Odnajdując ciebie odnajdę swój własny sens. Miłości, której nigdy nie powinno być powiem butnie "cześć", a potem zanurzę się w niej, dam się opętać pragnieniu i zacznę pić, spijać każda kropelkę tej egzystencjalnej ambrozji. Chcę umieć żyć, umieć znowu zapuścić korzenie, iść przez życie z dumnie uniesioną głową. Gdzie jesteś?

Rozdział B.
Babcia. Zawsze była. Opoką była. Światłem była. Nagle zniknęła... Nie potrafię przejść z tym do porządku dziennego. Ból. Rozrywa twą duszę, wysysa wszystkie wspomnienia na wierzch, nie możesz zapomnieć. Bijesz się z myślami, chcesz- nie chcesz, chcesz- nie chcesz. Śmierć mi cię zabrała, zabrała wszystko,co kochałam. Pamiętam, jak chodząc po plaży szukałam muszli wyrzuconych przez spienione fale, czułam się bezpieczna, bo gdzieś niedaleko byłaś ty. Miałam wtedy 13 lat. Uścisnęłaś mą dłoń, przytuliłaś. Podarowałaś miłość, której tak nie wiele mogłam mieć... Słuchałaś, gdy mówiłam, choć rzadko cokolwiek potrafiłam rzec. Zbyt mało cię znałam. Żałuję. Miałam zacząć, przełamać tą gorycz, zacząć od nowa. Zobaczyć cię, nie zdążyłam. Rozmył wiatr wszystko, pozostał kurz i parę zdjęć. Po śmierci mojej babci otoczyłam się wspomnieniami po niej. Szalik, czapka, sweter, nawet ręcznik, który mi tak niedawno podarowałaś...wszystko mi ciebie przypomina. Kolczyki, te na 19-ste urodziny i te na Komunię Świętą. Zawsze pamiętałaś. I co? Teraz mam cię ot, tak skreślić? Skasować Twój numer, jakby cię nie było? Nie mogę... To mnie przerasta. Ciągle nie wierzę. Ty żyjesz! Żyjesz we mnie, we wspomnieniach, w marzeniach... Już cię nie usłyszę... Cisza zalega w Twym pokoju, Twoje rzeczy powoli znikają... Tylko jedno pudełko zostaje. Twoje całe życie zamknięte w jednym pudełku po butach. Zdjęcia, lśniące paciorki różańca, metalowy krzyżyk, książka w zmęczonej czasem okładce i zeszyt zapisany Twoimi rękoma. Zeszyt pełny prozaicznych rzeczy. Przepisy. Uwielbiałaś to. Gotować. Za oknem deszcz, niczym łzy skapuje na parapet i na twarz. Zawsze mnie rozumiałaś, zawsze mi pomagałaś, zawsze... Bóg zawsze zabiera szybko ludzi dobrych... myślę,że zabrał cię, byś już nie cierpiała, nie patrzyła na zło tego świata...jakbyś była dla niego za dobra, jakby sprawiał ci ból...Twoje szare oczy i wesoły uśmiech... zawsze będę pamiętać, nigdy nie pozwolę sobie zapomnieć. Pamiętam jak przygarnęłaś mnie, gdy nie mogłam spać. Wciąż myślałam o Nim. Paliłam papieros za papierosem, nie wiedziałaś co się dzieje, myślałaś może,że mój ojciec...nie...szepnęłam tylko,że nic się nie stało... wiesz,że kłamię, wiem to. kładziesz mi rękę na ramieniu, mówisz bym odpoczęła i,że mogę zostać jak długo tylko chcę. Otwierasz okno, pada letni srebrzysty deszcz. Wystawiam głowę, czuję ciepło na skórze i w sercu. Czuję spokój. Serce zwalnia, uspokaja swój szaleńczy rytm. Zawsze czułam spokój w Twoim domu. Zawsze pełny światła, zawsze cichy, milczący, nostalgicznie rozdarty pomiędzy nowoczesnością a minioną epoką. Dom przekazywany z pokolenia na pokolenie. Deszcz ustaje,a ja z ciepłą herbatą o miodowo-słodkim smaku wychodzę. Ogród żyje. Ożywiony tchnieniem lata. Kwitną róże, hiacynty, maki i różowe różaneczniki. W oddali słyszę trele ptaków, które znalazły tu schronienie, jak ja odnalazły spokój. Czuję krople deszczu na bosych stopach. Podchodzisz, zrywasz rumiane jabłko, częstujesz mnie i mówisz,że zawsze tu będziesz, gdybym czegoś potrzebowała,ale teraz... nie ma cię! To wszystko staje się niewyobrażalne... Gdzie jesteś?

Rozdział C.
Cień.W dzieciństwie, w latach tak odległych, że aż mgłą zasnuta jest pamięć, bałam się cieni wchodzących nocą przez okna. Dziwnie migocące światło na zwór demonów. W dzieciństwie straszono mnie Baba Jagą, wiedźmą z brodawką na twarzy i próchnicą. Bałam się, choć butnie tego nie okazywałam. Szybko przekonałam się, że to żartych dorosłych, którzy z nas, dzieci robią sobie żarty. Mówili, że jestem ich małą cyganeczką, w srebrnych paciorkach i czarnych włosach. Mówili, że piękno jest czymś wiecznym, jeśli się je gdzieś zapisze, zatrzyma, umocni w kanonie. Schemat. Stereotyp. Bałam się cieni, tak jak bałam się zimnych rąk wślizgujących się pod kołdrę, bałam się ich dotyku. Słyszałam szept: 'Nic nikomu nie mów, niech to zostanie naszą słodką tajemnicą', drżałam. Słyszałam jęk, spazm rewolucji. Ugniotłam swoje marzenia. Widziałam nad sobą ciemną sylwetkę, czerń włosów oślepiała. Za oknem deszcz. Cichy tłumiony krzyk. Smak gorzkich cierpkich łez i samorzutne błogosławieństwo końca. Cień odszedł. Pozostał ból, wstyd, który przemykał się cicho po moim ciele jak dreszcz. Aż nagle nastał nowy dzień, nowy koszmar. I cień znowu rozgości się w moim łonie, znowu powędruje zimna dłoń. Podkrążone oczy, blada szklista skóra. Gdy mówiłam, że Cień nie daje mi spać, śmiali się, żartowali, że najwidoczniej zasłużyłam. Starałam się być dobra, grzeczna, nie chciałam więcej tego czuć. Czuć się rozrywaną, tkanka po tkance, czuć misternie uknuty spisek, zmowa milczenia. Czy ktoś słyszał mój krzyk? Oczywiście. Nikt nic nie zrobił, a Cień przychodził co noc. Próbowałam walczyć, byłam zbyt słaba. Siniaki na dłoniach i udach. Udawali, że nic nie widzą. Chciałam uciec, umknąć sile i zaborczości Cienia. Nie mogłam. Rutyna nocnych spotkań wysysała ze mnie wszystko, całą energię. Widziałam jak spinał się po schodach, jak trzeszczały deski naszego starego domu, widziałam Cień na szybie okna. Strach, który potęgowała wizja nieuchronnego. Potem były dwa Cienie. Dwie zimne dłonie. Jedna kobieca. Czułam długie paznokcie wnikające w me ciało. Ból ściskał moje gardło. Pewnego dnia wszystko ustało. Znikł Cień i jego towarzyszka. Wszystko się skończyło, tak tajemniczo jak się zaczęło. Miałam 10 lat, pod buską zaczęły kiełkować mi piersi. Może to był już ten wiek? Wiek, w którym Cień się już młodą kobietą nie interesuje, wszakże to był wymysł dorosłych, by straszyć małe dzieci. Nigdy nie zapomniałam. Co noc po długie godziny czekałam, aż nadejdą. Cień i jego towarzyszka. Nie nadchodzili. Żyłam w błogim uśpieniu. Do lat 16. Wtedy wspomnienia wróciły. Cień wrócił. Przestałam się jednak bać. Policja była tuż za rogiem. Rankiem wymknęłam się z domu. Policjantka, która mnie przyjęła była bardzo wyrozumiała. Pochwaliła moją odwagę. Ja bym to raczej nazwała walką o przetrwanie. Sprawy sądowe ciągnęły się latami.Oskarżono mojego ojca. Kobiety nie odnaleziono. Nie chciał współpracować. Moja mama miała zawał, gdy się tylko o tym dowiedziała. Wieczorami jej nie było, pracowała w szwalni, na nocki. Wracała nad ranem, ubierała nas, pakowałam drugie śniadanie do szkoły i odsypiała ten czas. Nic nie wiedziała o tym,co się działo. Skazano go na 5 lat. Nocami chodził też do mojej siostry i do brata. Nie miał litości. Jego towarzyszka? Czy uda mi się ją odnaleźć i wymierzyć sprawiedliwość? Ty? Gdzie jesteś?


***

Wiem, że dzisiaj bym to troszkę inaczej napisała, zastanawiam się jednak czy ta konwencja się przyjmie, czy się spodoba, czy powinnam pisać dalej? ;) 

Follow