Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

2014-11-05

Gościnne Wystąpienie #6 \\ Victoria: Kilka słów o samotności

Victoria, 21-letnia pseudoartystka. Maniaczka kotów i mocnych papierosów. 

[www] + [blog]

Samotność dotyka każdego z nas, choćby przez krótki moment w życiu. Czasami na własne życzenie odsuwamy się od ludzi, czasami jesteśmy wykluczani ze stada. Skąd to się bierze? Niektóre jednostki są na tyle odważne, że mówią ludziom prawdę o nich samych, niektórzy mają wewnętrzne skłonności do palenia mostów łączących nas z innymi. Robimy to nieświadomie lub z pełną premedytacją nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów. Zdarza się również tak, że stajemy się zbyt nudni dla towarzystwa, działamy jak trucizna na ich dobry nastrój i jesteśmy odsuwani poza grono najbliższych. Nasze miejsce zajmuje ktoś bardziej ekscytujący, zwykle ktoś nowy, kto pochłania całą uwagę drugiej osoby. 

Samotność w tłumie? 
Powszechne zjawisko, którego nie jesteśmy często do końca świadomi. Potraktuje to zdanie dosłownie odwołując się do wielkich miast, na które decydujemy się w pogodni za pieniędzmi i lepszym życiem – wielkie wieżowce pełne ludzi, którzy się nieznaną i nic o sobie nie wiedzą. Tłumy mijające się w tramwajach tylko raz, szklane przyjaźnie przez okno. Szepty pomiędzy piętrami, anonimowość doskonała. Jak mówić o jakichkolwiek zażyłościach, gdy nawet droga na drugą stronę miasta to za dużo. Kiedyś stwierdziłam, że „im większy dom, tym ludzie dalej od siebie”. Osobą, która wie o mnie najwięcej to moja mama, mieszkamy na jednym piętrze i z przymusu spędzamy ze sobą czas. Nic się nie ukryje pomiędzy ścianą i otwartymi drzwiami. Co się dzieje jeżeli pomimo udanego życia towarzyskiego, kochającej rodziny czujemy się samotni i wyalienowani? Do rozmyślań nad tym natknęła mnie pewna duszyczka, która to czuje się samotna wśród bliskich. Szukamy zrozumienia i akceptacji jednak czasami to za dużo dla wielu przyjaciół. Ciężko znaleźć osoby, które podzielą tą samotność tak jak my. Zdarza mi się rozkoszować samotnością choć dla wielu z osób odwiedzających mojego bloga mój stan emocjonalny jest wiadomy. Nie rozumiany, lecz wiadomy i przyjęty do wiadomości. Jak to jest, że wspólny język i więź znajdujemy zwykle z ludźmi których naprawdę nie znamy. Miałam przyjemność poznać wiele lat temu osóbkę, która okazała się moim lustrzanym odbiciem pod każdym względem. Choć dzielą nas kilometry, mam świadomość że mogę się zwrócić do niej z każdym problem i radością. Nigdy nawet nie słyszałyśmy swojego głosu, piszemy ze sobą dość rzadko. Jednak to uczucie odnalezienia siebie w drugiej osobie sprawia, że żyje jest mniej niewygodne. Miałam wielu przyjaciół, jednak kim jest osoba, która odchodzi przy większych kryzysach? Wybiera innych gdy potrzebujesz pomocy? Ciągle żałuje tego co stało się z tymi znajomościami, zostają tylko wspomnienia, które nawet po wielu latach bywają nieznośnie bolesne. Po latach już wiem, że przyjaciel to osoba, która nie odchodzi nigdy i choćby człowiek utrzymywał z tą osobą sporadyczny kontakt, wiadomość sms zawsze wywoła uśmiech na twarzy… 

Samotność nie jest straszna, jeżeli dzielisz ją z kimś równie samotnym.



GOŚCINNE WYSTĄPIENIA to cykl tekstów wszelakich, na wszystkie możliwe tematy. Autorzy piszą o tym, co ich pasjonuje, bawi, wzrusza etc. Jeśli chcesz wystąpić w tym cyklu, napisz: materia_anty@wp.pl 

KOMENTARZ:

Samotność często odbierana jest jak coś najgorszego, najtragiczniejszego w życiu człowieka. Oczywiście, mogę się z tym zgodzić, bo czy nie ma nic bardziej bolesnego od straty bliskiej osoby? Wówczas samotność dopada nas znienacka i rozsiewa żar bólu. Jednakże nie zawsze samotność jest czymś czego należy się bać. Owszem, ludzie są stworzeni do bycia w grupach, zakładania rodziny, zacieśniania więzy, ale czasem taka samotność, na którą sobie w dobie tłumnego przepełnienia, pozwolimy, staje się zbawieniem. Jestem osobą otwartą, lubiącą spędzać czas z ludźmi, poznawać nowe osobowości, po prostu lubię się nimi otaczać. Jednakże, raz na jakiś czas, odcinam się, wyłączam telefon, zamykam drzwi do pokoju - nie ma mnie dla nikogo, oprócz siebie. Taka chwilowa izolacja pozwala pozbierać myśli, określić cele, posłuchać własnych pragnień. Jest zbawienna, kiedy w życiu za dużo bodźców na nas oddziałuje i czujemy się przeciążeni.

Na pewien rodzaj samotności (tej spowodowanej zdarzeniem losowym) nie mamy większego wpływu, oczywiście. Pewnie czytając ten komentarz pukniecie się w głowę, dlaczego chcieć zatem skazywać siebie samego na samotność. Chcę tylko pokazać, że nie wszystko jest białe i czarne, czarne i białe. Samotność może być czymś zbawczym dla naszej świadomości. 

Wychodzę zawsze z założenia, że trzeba się starać by swoje słabości przekuć w siłę. Dla wielu samotność jest największą słabością i desperacko potrzebują kontaktu z innym człowiekiem. Odnajdź w sobie siłę, spróbuj przynajmniej. I zawalcz o swoją wolność i szczęście.


Poprzednie wpisy z tego cyklu: #1, #2, #3, #4, #5

2014-06-20

Wymemłanie wewnętrzne


Przechadzam się cichutko po pustym mieszkaniu. Palę, słucham, szukam siebie. Ubrana w stary sweter, skarpetki nie do pary i koszulkę mojego mężczyzny z Blind Guardian. Próbuję odnaleźć zgubiony czas i zgubioną wenę. Chce mi się. Pisać, ale wszystkie pomysły lądują w wersjach roboczych. Sięgam po kolejną książkę i odkładam zniechęcona. Wypaliłam się, spopieliłam myśli. Utkana rzetelnie własna jaźń nagle stała się na nowo białą kartką, niezapisaną, czystą. Niesplamioną atramentem. Co począć? Jak zacząć? Co właściwie ze sobą mam zrobić?

Nakryta, ciemnobrązowym kocem, który dostałam wieki temu od swojej mamy, z czarną herbatą w himowym* kubku, skrobię na blogu słowa. Do Was, do siebie samej. Niemoc twórcza, niemoc życiowa, która nagle zapadła, jak sroga cisza przed burzą, zdaje się zataczać coraz szersze kręgi. Boli ten pustostan twórczy. Ty też masz tak? Jak sobie radzisz z chwilowym brakiem jakiejkolwiek wiary w siebie, czy w to, co tworzysz? Nie, to nie jest brak wiary, tylko dziwne zniechęcenie, do wszystkiego. Czegoś brakuje, jakiegoś małego pierwiastka, jakiejś przyprawy. Pędu życia. Jego smaku. Czuję się zawieszona w próżni. Wyssana z energii życiowej płynącej w krwiobiegu.
Mam jednak na to sprawdzone sposoby, chciałabym podzielić się nimi z Wami, zasiać nić porozumienia i zjednoczyć się w bólu z tymi, którzy tak, jak i ja czasem bledną, a ich miejsca w czasie i przestrzeni stają się ugorem, który czeka na zagospodarowanie z nowym optymizmem i wiarą.



1. Czytam. Książki, które pobudzają myślenie i skłaniają do refleksji. Książki, dzięki którym zaczynam czuć coś więcej, coś innego. Doprowadzają mnie do łez, albo napawają optymizmem, tak potrzebnym w tych ciężkich dniach. 

2. Czytam blogi, które wskrzeszają we mnie chęć trwonienia czasu na grafomańskie/pisarskie zapędy. Zatem czytam:
  • tattwa.pl - nie ma lepszego bloga, w którym żywiołowość tekstu zapada na długo w moje myśli i duszę. Pół dzisiejszej nocy (ah ta bezsenność!) spędziłam na czytaniu jej bloga. Dziękuję za pobudzenie i nocne rozmyślania.
  • pawelbielecki.in - kolejny, jakże bliski memu sercu. Za każdym razem czytam z wypiekami na twarzy, język, którym operuje, wpaja we mnie chęć rozwoju. Chyba nikt w blogosferze nie potrafi swojego tekstu zamienić w tak idealny literacki słowotok. Dziękuję za chęć tworzenia. Po prostu.
3. Słucham, słucham dużo. Albo nie słucham wcale, bo czasem cisza jest plastrem dla ranionej duszy. A jak słucham to słucham piosenek, które w patetyczny sposób mnie wzruszają, dotykają jakiejś struny we mnie, gdzieś głęboko i poruszają. Bywa też i tak, że muzyka buduje we mnie napięcie, spokojnie narastające: tworzyć, chcę tworzyć. I rodzi się słowotok, rodzi się idea, rodzi się chaos, który tak uwielbiam. Muzyka zawsze ma na mnie leczniczy wpływ, bo gdy się wszystkiego odechciewa, tylko ona mi pozostaje. Zamykam się w pokoju, gaszę światła i leżę ze słuchawkami, odczuwając. Staję się tylko czuciem. Zbawczym czuciem.


4. Oglądam. Filmy. I znowuż powielam schemat: chcę czuć, odczuwać. Być poruszona. Poprzez połączenie obrazu, ścieżki dźwiękowej, fabuły. Macie takie filmy, które zawsze Was poruszają? Oglądam również zdjęcia na blogach, które zawsze wprawiają mnie w zachwyt. Głównie dlatego, że pokazują miejsca, które kiedyś odwiedzę (ah, słodkie marzenia!), głównie są to te blogi:
  • mammamija.pl - pięknie widzieć tak szczęśliwą rodzinę. Serce mi się raduje, gdy oglądam te uśmiechnięte twarze i miejsca, które razem odwiedzają. 
  • adamantwanderer.blogspot.com - Ula jest niesamowita, podróżuje po całym świecie praktycznie sama. Spełnia swoje marzenia, nie potrafi usiedzieć na dłużej w jednym miejscu i kibicuję jej z całego serca i po trosze zazdroszczę możliwości. Z każdym jej postem, obiecuję sobie, że sama będę tak podróżować z moim A., jak wszystko się ustabilizuje. Na początek cel do osiągnięcia: Praga i polskie góry. Zobaczymy, co będzie później. Motywujące bardzo.
5. Nie ma nic lepszego na takie dni jak spacer, czy spotkania z przyjaciółmi. Nie zawsze jest to możliwe w tym pełnym pośpiechu świecie, każdy ma swoje życie, swoje własne problemy i obowiązki, ale czasem wystarczy pół godziny z najlepszymi ludźmi tego świata, żeby poczuć, że żyję. Mimo, że zdarzają mi się chwile (jak każdemu), kiedy to jestem przytłoczona ludzkim tłumem i mam ochotę na chwilę dla samej siebie, ludzie są dla mnie ważni, najważniejsi, bo to oni swoim uśmiechem i radością wypełniają mi dni i sprawiają, że chcę żyć pełnią, pełniej, najpełniej. 

Monotonność życia zabija wszelkie przejawy twórczej egzystencji. Leżenie w łóżku i walczenie z choróbskiem pustoszącym organizm również. Mam nadzieję, że Wasze życie będzie pełne barw (tego Wam życzę z całego serduszka!), pełne uśmiechu i twórczego zapału. Idę szukać swojego, zregenerować własny koloryt. Obudzić się z letargu i zacząć działać. Zmobilizować wszelkie siły, by umieć trwać i cieszyć się z tego trwania. Czas rozpocząć przygotowania do wielkich zmian (znowu, kolejnych), do wielkich przygód! Nie mogę się już doczekać, co czas mi przyniesie.

Dziękuję, że mogę trwać tutaj z Wami i zawsze miło mi Was gościć na moim blogowym poletku i rozmawiać z Wami, cieszyć się z Wami, smucić z Wami. Po prostu.

PS Właśnie zauważyłam, że jakiś czas temu o niemocy twórczej pisała również Riennahera, odsyłam również do niej :)

_____________________________________________
* kubek z ulubionym zespołem zawsze na propsie
|Zdjęcia zrobione w Ogrodzie Botanicznym we Wrocławiu.|

2014-03-26

wiosno trwaj

Wiosna zakorzeniła się we mnie na dobre. Uśmiech nie schodzi z twarzy, a ciepłe promienie rozjaśniają tęczówki oczu. Zachłannie łaknę każdego kontaktu z naturą, z tym budzącym się do życia światem. Większość z nas nie ma czasu doceniać piękno wiosennego zmartwychwstania. A czasem wystarczy na chwilę się zatrzymać, by zobaczyć, że wszystko się zmienia, co dzień. Nie tylko w przyrodzie, ale i w nas samych. Zachłannie stąpam poprzez ten bujny ogród, chłonę każdą z barw. Krokusy, fiołki czy przy blokowe narcyzy - podziwiam, wielbię platoniczną miłością. Czuję świeżość każdej z chwil. Sprawia, że nabieram wiary. Ładuję baterie. Wy też macie tak samo?

Kilka wiosennych kadrów, by odszukać, by docenić. [lepsza jakość zdjęć]











Zdjęcia wygrzebane, z różnych szufladek mojej cyfrowej skarbnicy. Niedługo wybiorę się na szukanie wiosny we wrocławskiej rzeczywistości :)

2014-03-08

Emocjonalna czarna dziura

"Przyszłość zaczyna się dzisiaj, nie jutro"
- Jan Paweł II

Kiedyś, będąc jeszcze nastolatką, często wyobrażałam sobie swoją wielką, dorosłą przyszłość. Malowałam w wyobraźni obrazy, które krzepiły moje zbuntowane, młode serce. Wyjazd z mojej rodzinnej wioski do dużego miasta, skończone studia, dobra praca dająca satysfakcję- spełnienie marzeń. Nie cieszyłam się z rzeczywistości. Żyłam tą magiczną przyszłością, odległą sferą. Nie ma nic złego w marzeniach i ich realizacji, to oczywiste, ale gdy odebrałam sobie prawo do tego znanego mi świata, codzienności i mazurskiej rutyny dobrze znanych mi schematów, paradoksalnie zaczęłam tęsknić do przeszłości. Nie umiałam cieszyć się z tego, co udało mi się wypracować i co udało mi się osiągnąć (a jeśli już, ta radość była krótkotrwała). Czułam się rozdarta. Nie rozumiałam co się właściwie dzieje. Czemu nie potrafiłam się cieszyć teraźniejszością, której tak bardzo, przez lata pragnęłam?

Czarna dziura


Marcowy numer "Zwierciadła" a dokładnie, artykuł Katarzyny Miller, przyniósł odpowiedź. Pani Miller przytacza podobne do mojego, przykłady: osiągając pewien zamierzony cel, brakuje nam często "siły przerobowej" na odczuwanie jakiejkolwiek frajdy z uzyskanego efektu. Autorka upatruje taki stan rzeczy w naszym, często bolesnym bądź trudnym dzieciństwie. Nie odczuwamy dumy ani radości z teraźniejszości, a właśnie to, że sobie poradziliśmy, udało nam się zrealizować wyznaczone cele, osiągnęliśmy naprawdę wiele z tego, co sobie zaplanowaliśmy (czy to w sferze zawodowej, czy prywatnej), powinno być dla nas siłą, oparciem. Powinno pozwolić nam na odcięcie się od przeżyć, które wywarły na nas tak silny wpływ (brak wiary w swoje możliwości, nieśmiałość podejmowanych kroków, albo, tak jak w moim przypadku, początkowy kompleks prowincjusza). Nie wymazać tych wspomnień, a pozwolić na pożegnanie się raz na zawsze z tym bezradnym i przestraszonym dzieckiem. Zasypanie tej, naszej, osobistej czarnej dziury, wysysającej radość i wszelką dumę z naszych czynów. Tą motywującą radość.

Nie myślę o przyszłości. Moje plany zazwyczaj są pobieżne, skrojone na miarę moich możliwości, albo całkowicie spontaniczne. Boję się jeszcze robić milowe kroki, wykraczające poza mój bezpieczny azyl. Nie jest tak, że nie marzę, nie mierzę wysoko, nie... jednak, chcę być przygotowana. Mieć plan alternatywny, awaryjny. Skupiam się zatem na tym co teraz. Tworzę swoją teraźniejszość z pięknych wspomnień. I małych radości, które ładują moje baterie. Z osób, które wspierają. Przywalą mentalną patelnią, gdy trzeba i wyciągnął z łóżka na spacer w tych złych chwilach. Nie jestem gotowa jeszcze na zasypanie tej czarnej dziury we mnie. Jestem jednak na dobrej drodze. Nie czuję już napięcia, nie czuję presji. Zostałam w pewien sposób uwolniona. Artykuły Pani Miller zawsze potrafią trafić w sedno, trafiają prosto w źródło problemu.

A jak Wy radzicie sobie ze swoimi czarnymi dziurami? :)

●●●

Z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet, pojawiła się ciekawa inicjatywa stworzona przez Magdę Bebenek, autorkę książki "Polka potrafi": 24hkobiecości.pl :) Jeśli wpiszecie swój adres e-mail, będziecie dostawać codziennie motywujące, rozwijające filmiki, zaproszonych do tego projektu kobiet, jak i samej autorki. Autorka chce dotrzeć do naszej kobiecości, porozmawiać o kobiecej seksualności i tego, jak siebie postrzegamy. Przyznam się szczerze, że jestem bardzo ciekawa :)

A ode mnie z okazji naszego babskiego święta, życzenia:



2014-03-06

Skrojeni na miarę

Najpiękniejsze historie, podobno zawsze pisze samo życie. Historie, których na próżno szukać w najpiękniejszych opowieściach, zarówno tych książkowych jak i filmowych. Są nieuchwytne. Zawsze gdzieś ponad nami, gdzieś blisko ale zarazem daleko...

Nie tym razem. Przerywam ciszę na blogu, by opisać swoją piękną historię. Jedną z tych, które na zawsze pozostają z nami, w naszych sercach i w naszych wspomnieniach. Historia rodzącej się miłości.

Wszystko zaczęło się od przypadku (a może to było przeznaczenie? nici naszych istnień wreszcie się skrzyżowały?), spontanicznego spotkania. Niepewności. I mojego zagubienia. Musiałam dojrzeć do tego uczucia. Bałam się go. Adam jednak cierpliwie czekał. Widział we mnie to, czego ja nie potrafiłam opisać. Zrozumiał. Każde nasze spotkanie budowało we mnie zalążki tego, co czuję teraz. Szczęścia. Miłości. Poczucia bezpieczeństwa. Wsparcia. Kompatybilności dwóch dusz. Niezwykłego czytania sobie w myślach. Każde nasze spotkanie, zostawiało we mnie cząstkę jego. Słów. Gestów. Emocji. 

● ● ●

Model: mąż Adaś

Stworzyliśmy siebie. W naszych najpiękniejszych marzeniach. Stworzyliśmy siebie z iluzji, ze snów. Z białych płatków śniegu i jasnej, księżycowej poświaty. Jesteśmy stałą, namacalną projekcją naszego idealnego tworzenia siebie nawzajem. Stworzeni dla siebie. Skrojeni na miarę. Jedność naszych dusz i myśli, sprawia, że czas zmienia tępo. Zwalnia. Nasza codzienność jawi się mi w słonecznym blasku i jego cieple. Te dwa tygodnie, które dla siebie ukradliśmy. Gorąca kawa, w wielkim, czerwonym kubku - idealna, słodka, z mleczną pianką i cynamonem. Wspólne czytanie książek. Spacery. Zwykłe codzienne, prozaiczne czynności, dla mnie nabrały całkiem innego wymiaru. Wymiaru wieczności. Miłości, którą cały czas widzę w jego jasnych, zielonych, wilczych oczach. W jego gestach. 

Prostota

Wszędzie zasypywani jesteśmy wizją ciężkiej miłości, nieszczęśliwej, albo po prostu bardzo problematycznej. Moja jest prosta. Wszystko przy nim wydaje się proste. Nie ma granic, nie ma murów, nie ma niepewności, nie ma wątpliwości. Budujemy podwaliny czegoś trwalszego. Taka powinna być miłość. Wypełniająca po brzegi człowieka życiową energią. Pewnością. Szczęściem niczym niezmąconym. Pełnym. 

Zdaję sobie sprawę, że post ten jest czystą emocją, ale pisząc go zadałam sobie pytanie: jaka miłość powinna być? Teraz już wiem. Taka jak teraz.


Miłośnie mi...

2014-01-12

bez-czasowe

Mglistość mazurskich poranków, zakrapiana klarownością deszczu, przyprawia moje serce o drganie. Ścieżka dawno wydeptanych słów. Kąsające mary nocne. Czerwień ust. Zagryzam powoli kołyszące się lekko na wietrze podszepty serca. Migotliwe światło księżyca, hipnotyzuje. Sen nie chce nadejść. Sen nie chce odejść. Wryte gdzieś pod skórą czipy zamykające oczy. Zagubiona chronologia zdarzeń, myśli, nie-pamięci.

Kiedyś (w tym roku!) nadejdzie czas renowacji. Rewolucji życiowej. Zmian dalekosiężnych i całkowitych. Napełniam po brzegi kielich swojego życia nową perspektywą, nową radością, nową (choć starą) mną.


+ zmiany najlepiej zacząć od czegoś drobnego, czegoś istniejącego wokół nas: czas przyszedł na pożegnanie się z przeszłością i usunięcie s mojego mazurskiego pokoju pozostałości po nastoletniej dziewczynie, którą nigdy już nie będę. Zakopałam wspomnienia na kartkach pamiętników, w listach, wierszach pisanych na okładkach... i książkach. Smak dawno zapomnianych przeżyć. Tylko na chwilę pozwoliłam by wspomnienia zalały mnie przenikliwym chłodem i lepką radością. Uśmiecham się, czując się wolna, jak nigdy dotąd.

Bez niepotrzebnego balastu wkroczyć chcę w ten Nowy Rok, mimo pęknięć na duszy i mimo nieustannego bólu głowy. Wszystko jest w moich rękach. WSZYSTKO ma swoje miejsce i czas. 


Piszę listy. Wreszcie nadrabiam. Nadrabiam wszystko. Filmy, muzykę, seriale, książki, rozmowy z rodziną...

***

Przepraszam za zastój blogowy, nieznośna grypa powaliła mnie na łopatki. Dzisiaj jest wreszcie jakaś poprawa. Zostawiam Was na chwilkę z kilkoma słowami i zaproszeniem na wywiad ze mną w ramach projektu Wschodzące Gwiazdy :)





2013-12-05

Trudne życiowe wybory...

W życiu zdarzają się sytuacje, które spędzają nam sen z powiek, a poziom stresu drastycznie wzrasta. Głowimy się, jaką decyzję (najlepszą dla nas, albo dla obu stron) podjąć. I nic nie pomaga, ani dobra kawa z mlekiem, ani milka, ani drzemka... decyzja ta wisi nad nami, jak pozew sądowy albo średniowieczny kat nad biedną, niewinną duszyczką. Zbliża się dead line, kiedy to decyzja musi być podjęta... wpadasz w panikę? Czy zdołałeś wybrnąć i podjąć decyzję, pójść na kompromis, postawić wszystko na jedną kartę? 

źródło

A co jeśli daną decyzję musisz podjąć błyskawicznie? Nie ma czasu na szczegółowe analizowanie, czym się zatem kierujesz?

Każdego dnia życie i różnorodne zdarzenia, na jakie napotykamy w naszej codzienności sprawiają, że czasami podejmowanie decyzji bywa bardzo problematyczne. Począwszy od najdrobniejszych spraw ("co ja mam na siebie włożyć właściwie?" albo "kupić czekoladę czy banana?") po te naprawdę ciężkiego kalibru ("kupić czy wynająć mieszkanie?" albo "otworzyć lokatę w tym czy w tamtym banku?"). Każdy ma własny system podejmowania decyzji, mój jest w sumie bardzo prosty i czasem (w zależności od sytuacji) nie zajmujący dużej ilości czasu:
  • każdą z decyzji (staram się również mieć alternatywną wersję, taki mini plan b) rozważam bardzo szczegółowo;
  • wypisuję wszystkie za i przeciw, jakie zauważę
  • zastanawiam się czy dana decyzja naprawdę mnie satysfakcjonuje
  • zostawiam sobie dzień na "przetrawienie" decyzji, którą chcę podjąć i analizuję na nowo, pytając siebie, czy naprawdę tego chcę
źródło

Może nie są to zbytnio skomplikowane mechanizmy, ale pozwalają uchronić mnie przed większością wpadek i popełnianiem błędów, które słono by mnie kosztowały. Czasem po prostu zawierzam swojej intuicji, przyznaję się bez bicia. Częściej jednak wsłuchuję się w swoje potrzeby. Nie jestem żadnym specem od stylu życia, czy pomocy innym, ale myślę, że system, który sama stosuję, kiedy tylko mogę (chodzi mi tutaj, głównie o wypisanie wszystkich "za" i "przeciw") doskonale sprawdzi się też u innych osób, które tak, jak ja, zawsze mają problem z podejmowaniem decyzji. 

Ostatnio i mnie w końcu dopadła wizja dylematu życiowego, dotyczącego mieszkania. Kocham swoje obecne mieszkanie, mój pokój i współlokatorów, z którymi dogaduję się naprawdę na każdej płaszczyźnie, ale czułam, że potrzebuję czegoś nowego. Może nowego miejsca, a może nowego wyzwania. Zmiany. Z nieba mi spadła wizja mieszkania z przyjacielem. I dwoma jego kumplami. Mieszkanie z trzema facetami? Mhm... Why not? Moja sceptyczność zniknęła po przestąpieniu progu przyszłego lokum. 

Podobno z każdej sytuacji jest wyjście i tylko od nas zależy, czy wybierzemy mądrze... A zatem, mądrych wyborów kochani! 





PS Może na blogu wystąpić chwilowa posucha postowa, gdyż przeprowadzka i milion spraw po drodze na pewno zapełnią mi większość czasu... 
PS2 Wybiera się ktoś na B(V)LOGOWIGILIĘ 2013?





2013-11-27

Co nas wzrusza, co nas porusza?

Do tego postu zabierałam się chwil parę. Zadawałam pytania, przeprowadzałam rozmowy, słuchałam. Słuchałam i coraz głębiej wnikałam we wszystko, co dla człowieka jest ważne, co wywołuje emocje. Wnikałam w najdrobniejsze zakamarki duszy ludzkiej, swojej własnej. Odkryłam bowiem coś, co nas łączy, pomimo tego, że jesteśmy, wszakże tacy różni. Różni, a jednocześnie wrażliwi na te same bodźce. Różni, a podatni na te same czynniki. Chętni dostarczania sobie wszelkich emocji. W końcu człowiek to istota emocjonalna, nie stworzona tylko z kości, mięśni, tkanek...


Gdy zadawałam pytanie o to, co wzrusza, różni ludzie z mojego otocznia, mężczyźni, kobiety, w różnym wieku, odpowiadali jednogłośnie: muzyka. Dla każdego inna, niektórych porusza muzyka klasyczna, perliste dźwięki smyczków, burzliwe uderzenia klawiszy fortepianu, słodkie brzmienie fletu poprzecznego. Niektórych wzrusza melodyjna, melancholijna muzyka rodem z Islandii; muzyka ludowa przywodząca wspomnienia z dzieciństwa i wakacji na wsi. Muzyka gitarowa, nawet najmroczniejsze dźwięki, potrafią dotknąć człowieka, który jest na nie otwarty. Dźwięki organów, dźwięki skrzypiec, dźwięki plumkania słodkiej gitary klasycznej... Otoczeni przez dźwięki, wystawieni na dźwiękową rzeczywistość, nie zawsze zauważamy jej piękno, czasem musi dotrzeć do nas, znaleźć odpowiedni moment, by przebić się przez naszą barierę ochronną, którą często zakładamy z powodu przesytu bodźców. Jednak, gdy do nas trafią... czasami oddziałują ze zdwojoną siłą. Wyciskają łzy. Wprawiają w osłupienie. Rozgrzewają wnętrze. Każdy reaguje inaczej, ja najczęściej zapętlam sobie taką, nowo odkrytą piosenkę, gaszę światło, zakładam słuchawki, zamykam oczy i słucham, w kółko. Dźwięki docierają do każdego skrawka mojej duszy... Krążą w krwiobiegu i nie ma nic piękniejszego niż to czucie, przez chwilę. Z dźwiękami, najczęściej identyfikujemy wspomnienia (tak samo jest też np. z zapachami), z pierwszą miłością, która słuchała Red Hotów; z pierwszym pocałunkiem przy piosence Iry; pierwszym złamanym sercu i łagodzących ból piosenek HIM (tak, paradoksalnie, właśnie ten zespół, koił wszystkie moje lęki i smuty)... Każdy moment w naszej pamięci można by było zapisać w postaci składanki piosenek, które wówczas słyszeliśmy, albo które przywodzą na myśl dane wydarzenie. I wzruszają. 

Kochamy się w dźwiękach, ale także i w obrazach (głównie tych filmowych) i słowach (głównie na papierze). Życie codzienne, paradoksalnie przysparza nam najmniej wzruszeń. Fikcyjne twory naszej wyobraźni poruszają nas znacznie bardziej. Rzadko kto ma czas/ochotę/siłę (niepotrzebne skreślić) by docenić piękno natury, czy kunszt danej sztuki czy dzieła architektonicznego. Jesteśmy skazani na szybkie, "śmieciowe" dostarczanie sobie wszelakich wzruszeń czy poruszeń. Film, najlepiej przed telewizorem. Nie chcę tutaj nikogo krytykować ani generalizować, ale czy nie jest zazwyczaj tak, że zapętlamy dany schemat, nie chcąc (albo wymyślając sobie różne wymówki) znaleźć urozmaicenia w tej rutynie? Nie chcę pisać tutaj apelu o rewolucje w życiu każdego z nas, ale raczej prośbę o chwilę zastanowienia się nad swoimi, prawdziwymi potrzebami, wsłuchania się w nie... 

Codzienne życie nie przynosi nam wzruszeń, bo sami ich nie chcemy, albo sami ich nie dostrzegamy w tym zaganianym świecie. Braknie nam czasu by rozejrzeć się wokół. Braknie nam czasu na drobne gesty, które potrafią poruszyć człowieka, sprawić, że się uśmiechnie. Naprawdę nie potrzeba wiele, by odnaleźć takie inspirujące, z życia wzięte, gesty, wydarzenia. Piękne i poruszające.

Zwykła ludzka dobroć. Zorkownię znam od kilku lat, szanuję i kocham całym serduszkiem. Dzisiaj postanowiłam przeczytać całe archiwum od 2010 roku. Słuchając epki Within Temptation, jednocześnie uśmiecham się i płaczę. Piękne ciepło i siła płynie z tego bloga. Zainspirował mnie i moją przyjaciółkę Malwinę do działań wolontaryjnych, o których pewnie również napiszę. Pani Agnieszko, jest Pani niesamowita, cieszę się, że są ludzie tacy, jak Pani. Widzę ich coraz częściej. I napawają mnie dumą.

Wzruszył mnie gest, mojej drogiej Izy. W poniedziałek odbył się pogrzeb jednej z najlepszych wykładowczyń, jaką miałam okazję poznać, dr Żgutowicz, dla większości z nas zawsze miała ciepłe słowo. Wymagała dużo, stara dobra szkoła, chciała byśmy rozumieli, nie wkuwali wszystkiego na pamięć. Iza stworzyła z dobroci serca, portret, naszej pani doktor - takiej, jaką zapamiętamy:

źródło
A na koniec, dwa filmiki, które wzruszyły mnie ostatnimi czasy, najbardziej:

Co Was wzrusza? Co sprawia, że płaczecie?





2013-11-18

Dlaczego żałuję, że nie udało mi się pojechać na Blog Forum Gdańsk?

źródło
O Blog Forum Gdańsk pierwszy raz usłyszałam dwa lata temu. Od tamtej pory śledzę losy tego eventu z żywym zainteresowaniem. Ani razu nie udało mi się pojawić na tej imprezie, ale zachęcona licznymi prelekcjami, które z roku na rok są coraz ciekawsze, spotkaniami z ulubionymi blogerami, by po prostu z nimi, przy kawie porozmawiać, na każdy temat; by poczuć się częścią tej naprawdę sympatycznej społeczności, by odnaleźć nowe inspiracje, by nauczyć się czegoś nowego... wiem, że znajdę się tam za rok, choćbym stawała na rzęsach! Wierzę, że każda kolejna edycja wniesie w blogosferę coś naprawdę znaczącego. Nie mówię tutaj o nagrodach rozdawanych na gali, ale o rozwój blogosfery, o stałą ewolucję, o naukę każdego blogera, który tam zawita. Możemy się uczyć od siebie ciągle na nowo. I to jest piękne. W końcu po to też tworzymy blogi, by się rozwijać. 

źródło
Czytając alfabetyczną relację z BFG u Styledigger, na którą, notabene, bardzo Was zapraszam i oglądając poszczególne prelekcje, czy to Radka Koterskiego z Polimatów, czy to Andrzeja Tucholskiego z JestKultura czy Jurka Owsiaka i każdego kolejnego prelegenta, blogera, marketingowca... zostałam tak niesamowicie naładowana energetycznie, że ciężko sobie to nawet wyobrazić. Zostałam wzruszona, pobudzona do działania i chęci zmian. Zmian, które zaspokoją moją własną potrzebę tworzenia. Blog ten, po swoistym re-brandingu stał się nasycony tekstami, które w jakiś sposób oddają moje życie. Stał się moim małym poletkiem, na którym uprawiam słowotwórstwo i czystą grafomanię. Prosto z serduszka. Szczerą, niekiedy jeszcze niepewną siebie i swojej wartości, młodą. Czuję, bowiem, że przy zmianie nazwy i profilu swojego bloga, docieram do całkiem innej grupy odbiorców i uczę się Was, czytelników i siebie samej na nowo. Uczę się niemalże na nowo blogować. Taki powiew świeżości był mi potrzebny i teraz, dzięki prelekcjom z BFG, czuję go ponownie. 

źródło
Refleksje po-prelekcyjne:
  • Każdy bloger powinien być świadomy tego, że jest opiniotwórczy, że za swoje słowa jest odpowiedzialny, że dociera do naprawdę wielu osób i staje się autorytetem w danej dziedzinie
  • Musimy stać się świadomi tego, że nasze blogi to takie miniaturowe instytucje: możemy dzięki nim zarabiać, rozwijać się, spełniać marzenia; należy jednak pamiętać, że współpraca z "biznesem" nie jest taka prosta- lepiej zastanowić się dwa razy, czytać umowy (które nas zabezpieczają!), racjonalnie podejść do takiej współpracy i nie robić niczego ze sztucznym zaangażowaniem. I nauczyć się odmawiać, kulturalnie.
  • Nie musimy być profesjonalnymi blogerami, najważniejsze jest to, co chcemy przekazać i w jaki sposób, a ten sposób powinien być nasz w 100 %
  • Kochajmy to, co robimy, nie róbmy czegoś na siłę, niech wszystko to jest wynikiem przemyśleń, obserwacji i płynie z naszego wnętrza
Dlaczego żałuję?

Żałuję, że nie mogłam stać się bardziej namacalną częścią blogosfery, poznać wszystkich tych inspirujących ludzi. Przyjąć od nich naukę, dołączyć do rozmów i pełnych pasji dyskusji. Czy po prostu, zwyczajnie, bawić się wśród ludzi, którzy mają podobne, jak nie takie same jak ja pasje i zainteresowanie, czy poglądy na świat. Czasem przynależność do jakiejś grupy społecznej jest czymś wzbogacającym, zwłaszcza jeśli ta grupa zawiera w sobie tyle autorytetów, czy po prostu cudownych, ciekawych świata i sympatycznych osobowości.

BFG za rok na pewno przybędę! :)


2013-07-30

Muzeum Powstania Warszawskiego, refleksje.

Czy zdarzyło Wam się kiedyś zawitać w jakieś miejsce, które odbiło na Was piętno? Które sprawiło, że na długie godziny nie mogliście wyzwolić się z całej tej otoczki, z wrażeń, które na Was wywarło? Czy jest takie miejsce, które według Was powinno stać się obowiązkowym miejscem do zobaczenia w danym mieście?

Tak właśnie się stało z Muzeum Powstania Warszawskiego, które miałam okazję odwiedzić będąc w lipcu w Warszawie. 

Wybierając się do tego muzeum nie miałyśmy, razem z Leną żadnych myśli. Znamy historię, jesteśmy świadome tego, co zdarzyło się w Warszawie co to zapoczątkowało i jakie były skutki wybuchu powstania. Nie sądziłyśmy jednak, że wchodząc do środka napotkamy tyle bodźców, tyle środków przekazu, które nie pozwoliły nam wyjść stamtąd obojętne. Wchodząc tam znalazłyśmy się w całkiem innym świecie: świecie walki o wolność i świecie, gdzie każdy Polak bał się o swoje życie. Uciemiężony naród stawał do walki, po raz kolejny...


Muzeum to posiada jedną zasadniczą zaletę: mówi o wszystkim, bez skrupułów opowiada o przebiegu powstania jak i przygotowaniach do nich. Idąc trasą wyznaczoną przez kartki z kalendarza, podąża się w głąb powstańczego zgiełku. Mnogość dźwięków (np. tuż przy wejściu, gdy przystawimy ucho do filaru usłyszymy wystrzały i poczujemy drżenie muru...), mnogość obrazów w ciekawych rozwiązaniach (nie tylko same zdjęcia, ulotki informacyjne, tablice upamiętniające poległych, ale również ukryte w rozwalonych murach monitory, lornetki ukazujące filmy z walk, telewizory pokazujące wywiady z osobami, które walczyły w obronie Polski...), mnogość bodźców, które przeszywały.




Stara drukarnia, na której drukowano konspiracyjną prasę - można było zaopatrzyć się w jeden egzemplarz odezwy do narodu, nawołującej do walki.

Muzeum to wyposażone jest również w zbiór broni użytej w walkach.
Za dodatkową opłatą można było obejrzeć poruszający filmik w 3d, "Miasto Ruin"
 


Mimo wielu wstrząsających rekonstrukcji (np. groby usytuowane na środku przejścia), najbardziej poruszyły nas listy wywieszone w jednym z pomieszczeń. Listy pisane z miłością, z tęsknoty i strachu. W tle można było usłyszeć niektóre z nich. Piorunujące wrażenie ścinające krew w żyłach i wzruszające.


Szufladki: jedno z ciekawszych rozwiązań tego muzeum, umiejscowione w ścianach opowiadały historie walczących mężczyzn i kobiet.




Słyszałam różne opinie o tym muzeum, część również negatywnych. Muszę jednak przyznać, że sam pomysł włączenia ludzi w interakcje z takim wydarzeniem mi się podoba. Pobudza wyobraźnię. Myślę jednak, żeby dobrze zrozumieć to miejsce i znaczenie tego wydarzenie, potrzeba pewnej dojrzałości. I samoświadomości. Nie zabrałabym do takiego miejsca dziecka, które z niego nie wyniosłoby prawie nic, poza "zabawą" w tunelach itp. Wierzę jednak, że każdy powinien przybyć tutaj choć jeden, jedyny raz. Walczyli za naszą wolność. Nie docenia się teraz tego faktu tak, jak się powinno. Nie żyjmy przeszłością stale, ale pamiętajmy jakie zdarzenia doprowadziły nas do tego stanu, w którym jesteśmy. 

Umiejmy docenić to, co nam ofiarowali walcząc. Umiejmy wyciągać wnioski, kochać swoją ojczyznę i nie bać się walki (chociażby o wolność słowa, czy całkiem zgoła prozaiczne powody). To jest nasz kraj, umiejmy zawalczyć o lepszą przyszłość. Może i patetyczne słowa, ale czasami załamuję ręce jak widzę, co się dzieje w naszej polskiej rzeczywistości...




Byliście w Muzeum Powstania Warszawskiego? Co o nim myślicie?

2013-06-03

Książki obrazkowe - historie kreską i słowem malowane.

Od najmłodszych lat obraz jest dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Kocham wyrażać swoje emocje poprzez zdjęcia czy rysunki. Obraz stał się integralną częścią mojego życia i mojej samoświadomości. Stąd też zamiłowanie do wszelkiego rodzaju obrazkowych historii, komiksów, mang etc.

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić dwie książeczki, które niedawno do mnie zawitały. Są to historie niemalże bez słów, liczy się kreska, kształt przedstawionych postaci, miejsc i zdarzeń. Słowo jest dodatkiem, w nich rządzi estetyka wizualizacji myśli.

Wydawnictwo: Centrala - Mądre komiksy
Data wydania: 6 marca 2013
ISBN: 9788363892067
Liczba stron: 28
Pierwszą książką, o której chciałabym Wam opowiedzieć są "Powroty" Katarzyny Kaczor (którą można znaleźć również na blogspocie: katiuszanka i facebook'u). Jest to prosta historia powrotów i rozstań, rozstań i powrotów zakochanych w sobie młodych ludzi. Każdy powrót niesie ze sobą smutek. Wiele razy przeżywałam podobne wydarzenia, tak jak i wiele z Was. Tęsknota i życie wspomnieniami. Wszystko to zawarte w zgrabnej, komiksowej formie i stylu, który u Kasi uwielbiam :) (Kasia również od czasu do czasu sprzedaje swoje prace, ja zostałam np. posiadaczką tej oto pięknej koszulki) Zresztą sami zobaczcie:




Wspomnienia zapisane w kreskach, kadrach i tych kilku zdaniach. Coś pięknego, przepełnionego emocjami. Bardzo lubię. I artystkę i jej twórczość. 


Polecam :)

Nr 1, 2012
Strony: 56
ISBN: 978-83-930286-2-7
Następna książka, to właściwie magazyn założony przez polskie artystki, designerki i ilustratorki "jako platforma rysunkowej wymiany myśli i konfrontacji artystycznej". Jest to pierwsza edycja "Zeszytu...", zaproszono do niej grupę artystek głównie z Warszawy i z Łodzi, które czynnie postanowiły włączyć się w realizację i współtworzenie "Zeszytu..." 
Bardzo spodobał mi się pomysł stworzenia takiego zlepku różnych osobowości, różnych technik rysunkowych, różnych spojrzeń na dany temat... I właśnie taki jest "Zeszyt..." , namiastką artyzmu i kreatywności w polskiej wersji, z odniesieniami do polskiej rzeczywistości i wyobrażeniami pełnymi abstrakcji i impresji.

Zobaczcie sami:




Każda ze stron to całkiem inny obraz, całkiem inna technika i całkiem inne postrzeganie rzeczywistości i kreatywne wyżycie- uwielbiam takie kompilacje, mogę przeglądać je cały czas, ciągle odnajdując coś nowego.



Niektórzy uważają, że historie obrazkowe są proste, nie mają głębi i są tylko "na jeden raz". Uważam, że to spłycenie wizerunku obrazu jaki nam fundują media jest przyczyną postrzegania komiksów w ten właśnie, schematyczny sposób. Oczywiście, są znacznie mniej skomplikowane niż poważne książki, w których wyobraźnia poruszana jest słowem. Ale nie nazwała bym ich "literaturą niższego lotu", czy też "prostacką". Nie ważne ile razy bym czytała jakąś mangę i ile razy bym nie przeglądała danego albumu, czy magazynu rysunkowego- zawsze, ale to zawsze odnajdę coś nowego, co mnie zaskoczy. Metaforyka kreski, koloru, intensywności, kształtów... na pierwszy rzut oka być może niezauważalna, ma dużą siłę oddziaływania. I mam nadzieję, że takich publikacji, jak te powyżej w Polsce będzie coraz więcej.



Tyle ode mnie na dzisiaj i przypominam o k o n k u r s i e! DZISIAJ OSTATNI DZIEŃ! :D
Follow